poniedziałek, 5 października 2015

Rozdział 4: "Czasami złe wybory prowadzą nas we właściwe miejsca"

Perspektywa Eleanor

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Zawsze jestem w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Ale chwila, ja byłam w swoim domu. To oni powinni przeprosić. Oni, czyli kto? Świetne pytanie. Potknęłam się o mały włos o podest, gdy zaczęłam kojarzyć fakty. Tam był ten lokowaty chłopak z klubu, TEN Harry. Kolejna schoda, kolejne potknięcie. Alana była na górze, szukała nie wiadomo gdzie Harry'ego, a On był bliżej niż ktokolwiek by pomyślał. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, bo przy kolejnej schodzie zaliczyłabym prawie kolejny upadek. Skoro wikipedia nigdy nie kłamie, to w moim salonie właśnie siedział TEN Harry z TYM One Direction. Wciąż w oszołomieniu wkroczyłam z powrotem do mojego pokoju.
-Masz tą ładowarkę dla mnie? - zagadnął na wejściu Max.
Pokiwałam tylko głową, przypominając sobie cel mojej wcześniejszej podróży aż do salonu. Miałam im powiedzieć o tym, kto właśnie grzeje tyłek na mojej kanapie w salonie? Chociaż.. przecież nie pytali.
-Masz rozwaloną końcówkę, Calder - oznajmił mi chłopak, spoglądając na mnie z pogardą oddając ładowarkę. -Chyba będę zwijał już do siebie, tak czy siak dzięki za nocleg.
-Nie ma za co, drobiazg  - odparłam i ocknęłam się z moich rozmyślań. -Odprowadzę Cię.
Przypomniało mi się, kto kogo może spotkać na dole więc wolałam zachować ostrożność.
-Umm dzięki?
Pożegnaliśmy się, jak to mieliśmy w zwyczaju, buziakiem w policzek po czym Hurd opuścił mój dom. Wracając do góry natknęłam się na mamę, która zagadnęła:
-Tata chcę porozmawiać z Tobą i Alaną.
-Ale że teraz?
Pokiwałam tylko głową, że okej i czym prędzej pognałam do pokoju.
-Mójtatachceznamiporozmawiaćcoprzeskrobałyśmy - powiedziałam na jednym wdechu od razu po przekroczeniu progu.
-Co? Wolniej, Calder... - jęknęła Al.
I już nie zdążyłam powiedzieć ani słowa gdy ktoś zapukał do drzwi, po czym bez żadnej odpowiedzi z naszej strony po prostu wszedł. Nienawidziłam gdy ktoś tak robił.
-Przepraszam, ale to pilne córeczko - wyszeptał mój ojciec reagując na mój tik przewracania oczami.
-Tak?
-Mam do Was niecodzienną sprawę... nic nie mówię, tylko ubierzcie się szybko i zabieram Was w jedno miejsce.
Spojrzałyśmy po sobie z Alaną i z niechęcią poszłyśmy się całkowicie ubrać, umyć i przyszykować. Dziewczyna co chwile wypytywała po co i gdzie mamy iść, ale wiedziałam tyle co ona. Gdy byłyśmy gotowe zeszłyśmy na parter, gdzie czekała mama i oznajmiła że tata z chłopakami czeka w samochodzie. Poczułam jeszcze szturchnięcie Al w mój bok i szept 'z jakimi chłopakami do cholery' ale było za późno na jakiekolwiek wyjaśnienia. Wszyscy czekali w samochodzie. Cała podróż minęła w niekomfortowej aurze i na wymienianiu spojrzeń, bo nikt nie miał odwagi nic powiedzieć. Następnie weszliśmy do siedziby firmy mojego taty, gdzie zaprowadził nas do jednego z tych 'ważnych pokoi, do których nawet jedyna córka nie ma prawa wejść, gdy jej tatuś ma ważne rozmowy z ważniejszymi osobami'. Kazał siedzieć nam na kanapie, po czym wyszedł wykonać telefon. I znowu ta niezręczna cisza.
-Jestem Niall - przerwał ciszę blondyn.
-A ja Alana - kontynuowała moja przyjaciółka.
-Nasze imiona mają obydwa literkę 'n' w nazwie! - odparł z podekscytowaniem chłopak, po czym przybili sobie żółwika. Miałam ochotę się zaśmiać, ale się powstrzymałam.
-To jest Zayn, on też jest szczęśliwcem z literką 'n', ten obok to Liam, już nie taki szczęśliwy, jeszcze obok Louis, on to ma w nazwisku 'n', na szczęście, a z brzegu Harry - przedstawił swoich kolegów Niall.
-Poznaj mnie, Harry'ego, jestem Harry. - odezwał się po raz pierwszy chłopiec w lokach i widziałam kątem oka, jak Al się rumieni, bo kurcze... on nas pamiętał i przed chwilą zacytował jej słowa sprzed kilku dni. Znowu nastała cisza, ale Alana ogarnęła się i wyznała:
-A to jest Eleanor, też ma...
-Literkę 'n', tak, ale ze mnie szczęściara - wyznałam podekscytowana z nutką ironii. I znowu ta cholerna cisza, czy ci chłopacy zawsze byli tacy nieśmiali?!
-Opowiedzcie nam coś o sobie - wyznał nie kto inny, jak Nialler.
Spojrzałyśmy po sobie i w sumie nie wiedziałyśmy od czego zacząć, a co pominąć, więc palnęłam:?
-Opowiedz o twoim dziadku, który stracił język podczas wojny.
-Twój dziadek stracił język podczas wojny? - wtrącił się Liam, zwracając się do Al.
-Tak...
-Jak to się stało?!
-Nie wiem, dziadek nigdy nam o tym nie opowiadał - odpowiedziała nieco sarkastycznie, a chłopacy zaczęli się śmiać. Mieli całkiem ładne uśmiechy, szczególnie ten w koszulce w paski. Ogólnie nie był brzydki, choć jego fryzura... stop, dlaczego poświęcasz tyle czasu rozmyślań przypadkowemu gościowi z kanapy obok, Eleanor Jane Calder?
-Co możesz powiedzieć nam więcej o swoim dziadku? - odezwał się ten w paskach, ten Louis, z nie przeciętnym uśmiechem.
-Hm, mój dziadek miał serce lwa.. i dożywotni zakaz wstępu do zoo. - kontynuowała Alana. I pomieszczenie znowu wypełnił śmiech. Atmosfera między nami zaczęła się rozluźniać.
-A byłaś kiedyś w zoo? - kontynuował Louis.
-Taaaaa, a co? - odpowiedziała mu Al.
-A ile lat?
Alana mu już nie odpowiedziała, tylko posłała mordercze spojrzenie. Czułam, że oni się jakoś chyba nie polubią. Na szczęście wtem do pokoju wszedł mój tata, chociaż nie wiem czy na takie szczęście.

***

Wyszłam jak najszybciej za Alaną z budynku. Chyba wciąż nie docierało do nas to wszystko. Dziewczyna zagryzła usta i wpatrywała się w niebo. Stałyśmy tak przez kilka minut, cisza działała kojąco na nasze emocje sprzed chwili.
-Co o tym sądzisz? - zapytała sfrustrowana.
Wzruszyłam tylko ramionami.
-No dalej, czekam na jeden z tych twoich motywujących cytatów, El.
Zastanowiłam się dobrze i wyrecytowałam:
-Wiesz, może warto zaryzykować, bo czasami złe wybory prowadzą nas we właściwe miejsca.
__________________________________________












Przepraszam że od prawie pół roku nie było tu żadnego rozdziału. Potrzebowałam przerwy i nigdy nie wróciłam bardziej zmotywowana. Przepraszam, że rozdział taki krótki, ale dobry na taki nowy początek. Przepraszam, że tyle niejasności, ale w następnym rozdziale z innej perspektywy dowiecie się nieco więcej :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rozdział 3: "-...czas uśmiercić Larryego."

Perspektywa Eleanor

-Ludzie, spokojnie! Nie dam rady odpisać na te wszystkie 0 wiadomości za jednym razem - zaczęła marudzić Alana nad swoim telefonem. Wywróciłam tylko oczami, rankami Al nie należała do najmilszych i najcichszych. Opadłam z powrotem na poduszkę, odwróciłam się na prawy bok i spróbowałam z powrotem zasnąć.
-Pamiętasz może jego imię? - nie dała mi spokoju przyjaciółka.
-Kogo?
-Misia Go-Go. Chodzi mi o tego przystojniaka z klubu z którym tańczyłam.
-Nie pamiętam - zbyłam ją.
-Wiem, że pamiętasz - kontynuowała.
-Harryego, jestem Harry - przypomniałam sobie chłopaka o kręconych włosach, zielonych oczach i czarującym uśmiechu. Co nie zmienia faktu, że był totalnie nie w moim typie. Co nie zmienia również faktu, że pewnie nie zobaczymy go już nigdy więcej.
-Harry - zlitowałam się nad Alaną.
-Harry - powtórzyła to już innym tonem głosu niż ja, powiedziała to w sposób jakby wypowiadała imię jakiegoś bożka.
-Harry Edward Styles - do pokoju wparował Max.
-To ty go znasz? - podniosła głos Alana. Odwróciłam głowę z powrotem zaciekawiona rozwojem wydarzeń.
-Ja może i wiem o nim wszystko, ale wątpię że on będzie pamiętał nas.
-Możesz jaśnieć? - zaczęła się irytować Al.
Max wywrócił oczami, ale odblokował ekran swojego telefonu i zaczął czytać: Harry Edward Styles (urodzony 1 lutego 1994) to angielski piosenkarz i autor tekstów, znany jako członek brytyjsko-irlandzkiego boysbandu One Direction, powstałego w VII edycji programu rozrywkowego XFactor, w którym zajęli ostatecznie III miejsce. Podniosłam się do pozycji siedzącej po tych słowach. Alana przełknęła głośno gule w swoim gardle, a Hurd zaprzestał czytanie wikipedii. No to się porobiło.

Perspektywa Louisa

-Masz owsiki w dupie? - niezbyt miłym tonem zaczepił mnie Zayn, zapewne dlatego że od kilku minut próbowałem ścisnąć trochę chłopaków, bo ta kanapa była zdecydowanie za ciasna dla naszej 5.
-Mówisz o moich czterech niebiańskich i niezwykle kształtnych literach? - poprawiłem mulata, na co ten tylko pokręcił głową i już się więcej nie odzywał. Skoro Paul wciąż nie przyszedł do swojego własnego salonu, postanowiłem wstać i rozejrzeć się co nieco po jego willi.
-Dokąd idziesz? - zagadnął jeden z chłopców.
-Przed siebie - odparłem nonszalancko.
Już miałem opuścić ten pokój, ale w progu spotkałem się z Panem Domu i zapewne jego żoną.
-Dokądś się wybierasz? - spytał zdezorientowany.
-Szukam toalety - skłamałem na poczekaniu i usłyszałem śmiech idiotów w tle.
-Później Ci pokaże, najpierw usiądź, mam wam coś ważnego Wam do powiedzenia.
Przewróciłem oczami, ale usiadłem, a konkretniej wcisnąłem się, z powrotem na kanapę. Paul klasnął dłonie i z podekscytowaniem w oczach oznajmił:
-Wszystko gotowe, w poniedziałek spotykamy się o 7 na planie, kręcimy wasz drugi oficjalny teledysk. Ekipa jest już zwarta i gotowa do pracy.
Zaczęliśmy od okrzyku radości i głośnego 'yay', a Niall już zdążył zapytać czy nasza fryzjerka przyjdzie ze swoją córeczką. Miałem ochotę pacnąć go w tył głowy, ale był nieco za daleko.
-Okej, to były dobre wieści. Teraz czas na te drugie - odchrząknął.
W tym momencie z fotelu podniosła się jego żona, zapytała nas o przekąski ale było widać że nie chciała być przy tej rozmowie. Zmarszczyłem brwi i rozejrzałem się po chłopakach, którzy również nie wiedzieli o co chodzi.
-Kiedy zdobywasz popularność... nie, inaczej. W pewnym momencie kariery trzeba się skupić na... nie, to też inaczej... - dziwnie się plątał to było do niego niepodobne. Westchnął i przeczytał z kartki jakieś oświadczenie:

Z racji ostatnich prowokacji związanych z rozproszeniem uwagi od motywu przewodniego naszego produktu, tu One Direction, spółka podlegającą pod Syco Sony Music Entertainment, tu Modest! Management, zarządza akcje zwrotną mającą na celu odwrócenie uwagi od wymysłów i plotek dotyczących tzw. bromanców w chronionym przez nas produkcie, tu One Direction, poprzez zawarcie pisemnej, słownej oraz przysiężnej umowy z wybranym przez nas, tu zarządców Syco, osobnikiem płci żenskiej, który za zadanie będzie mieć ukrywanie rzeczywistości, bądź i absurdu, dotyczącego tzw. bromanców w produkcie, tu One Direction.
Przerwał czytanie i tym samym sposobem zdałem sobie sprawę, że nic nie jest dla mnie jaśniejsze, wręcz przeciwnie mam coraz większy mętlik w głowie.
-Czyli o co chodzi? - odezwał się Harry.
-O to, że czas uśmiercić Larryego.
-Jak uśmiercić coś, czego nigdy nie było?
Zabolało. Czułem wzrok chłopaków na mojej osobie, ale ja wciąż uparcie wpatrywałem się w ramkę ze zdjęciem jakiejś dziewczyny, która stała za Paulem na komodzie, obok telewizora i nagle wydawała mi się wielce interesująca.
-Znajdziemy jednemu z Was dziewczynę - dołożył do pieca.
Tym razem oderwałem wzrok od ramki i odważyłem się spojrzeć na naszego menagera.
-Niby komu i niby jaką? - zakpiłem.
-Rozmowy wciąż trwają.
-I my nie mamy nic do gadania na ten temat?
-A co? Masz kogoś do zaoferowania?
I nie zdążyłem odpowiedzieć bo w progu stanęła jakaś dziewczyna. Wysoka, zgrabna, nie brzydka dziewczyna. Była zmieszana i zawstydzona.
-Umm... ja nie chciałam przeszkadzać... nie wiedziałam że masz gości... ja tylko chciałam ładowarkę, bo zostawiłam tutaj w kontakcie - oznajmiła speszona.
-Nie przepraszaj, Eleanor. Tylko weź i zostaw nas samych - odparł Paul.
To oni się znają? Co ona robiła w jego domu? Ta dziewczyna, chwila... Eleanor? Zauważyłem że nawiązała przez kilka sekund kontakt wzrokowy z Harrym. To oni się znają? Dlaczego ja jej nie znam?
-Dzięki tato.
A więc się znają. Chwila, czy ona powiedziała tato? I w tym momencie zdałem sobie sprawę, że Eleanor jest tą dziewczyną z ramki.
KA BOM, PIERWSZY W MIARĘ NORMALNY ROZDZIAŁ, KTÓRY MIAŁ NA CELU WYTŁUMACZENIE, ŻE EL I LOUIS SIĘ NIGDY NIE SPOTKALI.... AŻ DO DZIŚ.

KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ.





wtorek, 14 kwietnia 2015

Rozdział 2: "Zakochiwanie się nie jest wyborem. Wyborem jest trwanie w miłości"

-Prawdziwa kobieta umie zrobić wszystko sama...
-Ale prawdziwy mężczyzna jej na to nigdy nie pozwoli -  odwróciłem głowę zaciekawiony rozmową... no właśnie, czyją rozmową? Jeden z głosów należał do mojego ochroniarza, który otwierał w tym momencie drzwi wysokiej, chudej, zgrabnej, farbowanej blondynce.
-Louis, pospiesz się - więc nie pozostało mi nic innego jak dogonić chłopaków i wejść do pomieszczenia zarządcy Syco. Byliśmy już zmęczeni tym tygodniem, dziś pomimo tego, że jest sobota mieliśmy rano wstać, aby podpisać umowę z reżyserem, który zajmie się naszym teledyskiem do Gotta Be You, a teraz czekał nas wybór fryzjerki na trasę. Wszyscy potrzebni już znajdowali się w pokoju, więc przesłuchiwaliśmy po kolei chętnych na to miejsce. Wszystkie były takie same, monotonne, nudne, prosiły o autografy dla swoich córek, a szczerze powiedziawszy żadna z nich nie miała nawet przyzwoitej fryzury. Harry, który wrócił wczoraj nie wiadomo o której w nocy przysypiał po cichu na ramieniu Nialla. Wtem próg drzwi przekroczyła farbowana blondynka z korytarza. Usiadła na krzesełku naprzeciw nas.
-Lou... T - wyczytywał Paul z kartki, ale najwyraźniej nie mógł się rozczytać. Kilka osób ukradkiem spojrzało się na mnie, nic dziwnego w końcu jej imię było żeńskim odmiennikiem mojego, a do tego jej nazwisko też zaczynało się na T.
-Teasdale - odparła za niego.
-Teasdale - kilka osób pokiwało zgodnie głową.
W tym momencie każdy z nas otrzymał kartki ze skróconą wersją jej CV.
-Masz doświadczenie - stwierdził Paul.
-Pracowałaś przy uczestnikach XFactora jeszcze dwa lata temu. Co się stało?
-Zaszłam w ciąże i urodziłam dziecko.
-Dziewczynkę czy chłopczyka? - zapytał ni stąd ni z owąd Niall.
-Nieważne, czy ona czy on i tak byłbyś za stary - odpowiedziałem mu.
-Nie o to mi... - próbował się wytłumaczyć, ale chłopaki już zaczęli się śmiać, a on zaczął rzucać we mnie swoim popcornem. Zaczęliśmy się bić na tej kanapie, Liam próbując nas wszystkich uspokoić po prostu rzucił się i przygniótł nas do kanapy, uniemożliwiając Harry'emu dopływ tlenu, a nam brak możliwości jakiegokolwiek ruchu. Zayn potraktował to jako zrobienie kanapki, więc tylko położył się na plecy Liama, wgniatając nas mocniej w kanapę. Styles zaczął wierzgać rękami i uszczypnął Nialla w tyłek, a ten tylko zawył i zrzucił nas wszystkich na podłogę nie wiadomo jakim cudem. Niestety, cała jego paczka z popcornem wyskoczyła w powietrze i mogę się założyć że 3/4 ludzi w tym pokoju miało po tym sól we włosach. Nawiązałem krótki kontakt wzrokowy z Paulem, a ten tylko zmroził mnie spojrzeniem, więc podniosłem się jako pierwszy z podłogi i rozkazałem chłopakom już nie dowcipkować i traktować to wszystko nieco poważniej. Po kilku minutach siedzieliśmy z powrotem na swoich miejscach oczekując, aż nasz menadżer wznowi przesłuchanie. Jednak to Lou przerwała krępującą ciszę:
-To dziewczynka, Lux.
-Ile już ma? - odezwał się ponownie Niall.
Parsknąłem tylko cicho pod nosem śmiechem, ale słysząc już chichot Harry'ego, trąciłem go łokciem w brzuch z miną że to jednak nie było w tym nic zabawnego, zapobiegając kolejnej bójce ale z drugiej strony dusząc się w środku śmiechem.
-W poniedziałek skończy miesiąc - odpowiedziała z uśmiechem.
-Co zrobiłabyś z dzieckiem - zaczął Paul, ale Nialler wtrącił że ona nazywa się Lux - więc musiałem ugryźć się w dolną wargę, żeby nie zacząć się głośno śmiać.
-Co zrobiłabyś z Lux (mógłbym się znowu założyć, że w tym momencie 3/4 osób w pokoju podpatrywało Nialla) podczas trasy? Zostawiła z mężem czy...? - dokończył swoje pytanie Paul.
-Nie mam męża - od razu wyjaśniła Lou. -Ale załatwiłabym jej opiekę na ten czas.
Ten pokiwał tylko głową w odpowiedzi i spytał się nas, czy mamy jakieś pytania. Niall już chciał coś powiedzieć, ale wtem Zayn złapał go za ramię i pokiwał przecząco głową, żeby lepiej już siedział cicho. W pokoju znowu zapanowała ta niezręczna cisza, więc Liam zagadnął:
-Dlaczego chciałabyś pracować akurat z nami?
-Dlaczego w ogóle chciałabyś pracować z nami? - poprawiłem Liama.
-A kto by nie chciał? - wyznał Niall, tym razem nie wspominając słowem o Lux.
-Nie kochasz swojego życia? - zażartował Harry.
Lou tylko zachichotała pod nosem i wyznała, że lubi wyzwania.
-Nie jesteśmy wcale tacy łatwi do współpracy - ostrzegł Zayn.
-Wiele już przeszłam w swoim życiu - odparła. I nagle zapragnąłem nieco więcej dowiedzieć się o jej życiu, i o jej historii.
-Dobra, już chyba wystarczy tych pytań. Dziękujemy za przyjście tutaj, damy Ci odpowiedź jeszcze dzisiaj. - zarządził Paul. A niech Cię szlag trafi.- pomyślałem. Lou tylko uśmiechnęła się w naszą stronę i grzecznie wyszła z pomieszczenia.
-Pozdrów Lux! - krzyknął jeszcze na pożegnanie Nialler, a Harry strzelił go w tył głowy.
-To co? Bierzemy Lou? - zapytał podekscytowany Liam.
-Jestem za.
-Ja też!
-Była zdecydowanie najlepsza.
-Koniecznie muszę poznać Lux, jestem na tak.
Paul tylko pokiwał z dezaprobatą głową i rozpoczął swój monolog o tym, że nie powinno się podejmować takich decyzji z dnia na dzień.
-Doceniamy twoje słowa, ale lepiej pójdziemy ją złapać na korytarzu i powiedzieć, że właśnie wygrała bilet do piekła, zwanego pracą z One Direction - wstał i oświadczył Harry. Chłopaki razem za nim wstali i już szykowali się do wyjścia, a ja jako ostatni podszedłem do Paula, poklepałem go po plecach i zagadnąłem:
-To jak? Widzimy się w poniedziałek o 17?
-Louis, macie być o 7.
-Ale wedle jakiej strefy czasowej? - kontynuowałem.
-Louis...
-Lepiej dogonię chłopaków - rzuciłem na odchodne i wysłałem mu całusa w powietrzu, co go jeszcze bardziej podirytowało, ale jego reakcji nie zobaczyłem bo znalazłem się już na korytarzu. Przy automacie z kawą rozmawiali chłopaki z naszą nową fryzjerką. Jak podszedłem bliżej chyba właśnie przerwałem Niallowi jego wypowiedź na temat karmienia piersią, więc Liam wykorzystał chwilę spokoju i wyznał:
-Jeśli kiedykolwiek nie będziesz miała z kim zostawić małej, nas jest piątka i tak czy siak nie będziesz zajmować się nami wszystkimi naraz, więc to nie problem żebyśmy przez chwilę się nią zaopiekowali.
-Bywamy od czasu do czasu normalni i odpowiedzialni - dodał Zayn.
-No i każdy z nas ma rodzeństwo - wtrąciłem jako ten, które rodzeństwo miał najliczniejsze.
-Dzięki, jesteście naprawdę w porządku chłopaki. - odpowiedziała Lou.
-Nie jesteś wiele gorsza - wyznał szczerze Malik.
-Jakim cudem Lux, córka takiej niesamowitej kobiety nie ma... przy sobie ojca? - zapytał nieco bezczelnie Nialler. Lou westchnęła ale odparła:
-Każdy z nas popełnia błędy. A szczerze mówiąc nikt z nas nie może popełnić dwa razy tego samego błędu, ponieważ za drugim razem to nie nasz błąd, a wybór.
Zabrzmiało to nieco tajemniczo, i pewnie Teasdale wyczytała to z naszych twarzy bo spuentowała:
-Zakochiwanie się nie jest wyborem. Wyborem jest trwanie w miłości.
________________________________________________________________
Przepraszam, że rozdział jest we wtorek, miał być wczoraj ale znowu miałam problemy z bloggerem. Ale w końcu jest, tym razem z perspektywy Louisa. Jak wrażenia? :) Anyway, do PONIEDZIAŁKU X

KOMENTUJESZ=MNIE MOTYWUJESZ.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 1: "Nie każda stracona osoba to strata"

-Chłopak dla dziewczyny powinien zrywać kwiaty, a nie zrywać z dziewczyną dla szmaty - stwierdził bez skrupułów czy żadnych objaw skrępowania Max. Zresztą czego innego można by się spodziewać po tym rozpieszczonym, aroganckim dzieciaku (czyt. moim najlepszym przyjacielu).
-Ale byliśmy taką świetną parą, tak ładnie wychodziliśmy na zdjęciach... - wyznała rozmarzona, jeszcze przed chwilą zdruzgotana moja druga najlepsza przyjaciółka, Alana.
-Jak ty go w ogóle wyrwałaś? - zapytał Maximillian. Dziewczyna tylko zrobiła dzióbek ze swoich ust, co oznaczała że intensywnie myśli (co jej się rzadko zdarza) nad właściwą odpowiedzią. Wzruszyła tylko ramionami.
-Pamiętam, jak kiedyś podrywała tego bruneta z naszej szkoły, wiecie... tego, który farbował się na blond a teraz i tak jest rudy, z rocznika wyżej - zwrócił się tym razem do mnie. Kiwnęłam głową na znak, że pamiętam.
-I jej najlepszym tekstem było... - kontynuował Max, ale Al już zaczęła piszczeć żeby jej tego nie przypominał.
-"Cześć, do jakiej szkoły chodzisz przystojniaku?" - próbował naśladować ton Al. Po czym wszyscy wybuchnęliśmy głośnym śmiechem.
-Przypomnij, jak długo trwał Wasz związek? - wtrącił Max.
-Czyj z kim?
-Twój ostatni - dziewczyna posmutniała automatycznie.
-Trzy...
-Trzy dni?!
-Nie, no! Czy ty masz mnie za skończoną idiotkę?!
-To ile?
-TRZYnaście dni - dodała przyciszonym głosem. Max spojrzał na mnie z politowaniem i tylko zaśmiał się pod nosem. Byliśmy przyzwyczajeni po tylu latach do tego typu codziennych problemów Alany. Znaliśmy się od dziecka, od zawsze. Dziewczyna spojrzała po nas z oburzoną miną i burknęła:
-I co? Nie zamierzacie mnie w żaden sposób pocieszyć?
Zero naszej reakcji.
-W żaden sposób nie poobgadujemy tego dupka?
Wciąż brak reakcji z naszej strony.
-Żadnej rady na przyszłość?
Nie mogłam być taka okrutna wobec niej, a zanosiło się na to że Hurd nie zamierza się odezwać ani słowem, akurat zajęty czymś wielce w swoim iPhonie.
-Nie każda stracona osoba to strata - wypowiedziałam na głos cytat z jakiegoś pisemka o modzie. Ich reakcja mnie zaskoczyła, Max spojrzał na mnie ze zdziwieniem w oczach, natomiast Al tylko przekrzywiła głowę w prawą stronę i uśmiechnęła się do mnie. A może to był jeden z tych życiowych cytatów Taylor Swift?
-Zdecydowanie zapamiętam to sobie do końca życia - odpowiedziała poważnie, nawet za poważnie zważając na to że to te słowa padły z ust Alany Jane Burton. Wstała ze swojego leżaka, podeszła do mojego i szeroko objęła mnie swoimi ramionami. Chłopak wydął wargi zazdrośnie ale po chwili znowu zanurzył się w swoim telefonie lekceważąc nas.
-Co tam ciekawego masz? Znalazłeś w końcu dziewczynę? - zapytała zadziornie Alana.
Wybałuszyłam na nią oczy, przez ironię w jej głosie odnośnie ostatniego wyrazu. Ona tylko wzruszyła ramionami jak gdyby nigdy nic. Natomiast on to olał i wyznał:
-Tak się składa, że działam w Twoim interesie.
-Tak?
-Załatwiłem nam właśnie wypad do tego nowego prywatnego klubu na obrzeżach Londynu.
Obie spojrzałyśmy po sobie z zaimponowaniem w oczach a następnie już tylko z ciekawością na chłopaka, czekając aż zdradzi nam coś więcej.
-Dziś, 20, przyjadę po Was. Ubierzcie się przyzwoicie - rzekł tylko Max i podniósł się leżaka.
Oczywiście, w jego języku słowo 'przyzwoicie' nie było wcale takie przyzwoite. Już chciał ruszać w stronę furtki, ale Alana za nim zawołała:
-Poczekaj, odwieziesz mnie.
-El, wpadnę do Ciebie po 19, razem się wyszykujemy - tym razem zwróciła się do mnie. Pokiwałam głową na znak, że rozumiem. Po czym dwójka przyjaciół opuściła mój ogród a ja postanowiłam się trochę ogarnąć.

***
Miałam dylemat z wyborem sukienki i niecierpliwie czekałam na przyjście Alany. Poczułam wibrację w kieszeni i odczytałam smsa:

"Będę u Ciebie za 5 minut... Jeśli nie, przeczytaj to jeszcze raz. A x"

Wywróciłam tylko oczami na jej stały tekst, który wysyłała gdy się spóźniała. Pewnie miała go w gotowych szablonach, ale chwila... kto używa szablonów w smsach? Zajęłam się moją fryzurą, wyprostowałam włosy i nałożyłam odżywkę. Później usłyszałam dźwięk dzwonka u drzwi. Chciałam nieprzerwanie zająć się swoim wyglądem, ale przypomniałam sobie że jestem sama w domu. Co za nowość, pomyślałam. Zbiegłam na dół i otworzyłam drzwi Al, która była w zaskakująco wyśmienitym humorze.
-Przeszło Ci już? - zapytałam, mając na myśli poranny problem.
-Użalaniem się nad sobą nikt nie obrał nawet jednego ziemniaka - odparła po czym nie czekając na moją odpowiedź skierowała się do mojego pokoju. Nie pozostało mi nic innego jak tylko pójść w jej ślady.
-Ale za to Ty wydajesz się być jakaś dziwna dzisiaj - wyznała z zaskoczenia.
-Ja?
-Mhm - mruknęła buszując w najlepsze w mojej szafie, szukając czegoś zawzięcie.
-Wszystko jest okej - odparłam, choć nie było.
-Czy chodzi o...? - zapytała spoglądając na mnie i doskonale czytając mi w myślach.
-Tak. - powiedziałam bez zastanowienia. Przyjaciółka przerwała to co robiła i wydawało się, że skupiła całą swoją uwagę na mojej osobie.
-Wiem, że się martwisz że On się dowie albo że Ci tego zabroni, ale czas najwyższy abyś martwiła się o swój własny tyłek. Od tego zależy cała Twoja przyszłość. Nie odpowiedziałam jej nic na to, więc Al spuentowała:
-I tak się nie dowie, a jak się już dowie to i tak będzie za późno.

***

Zabawa trwała w najlepsze, mieliśmy wypite już parę drinków. Siedziałam z Maxem na barowych stołkach, a Alana tańczyła od dłuższej chwili z jednym i tym samym gościem. Skończyła się piosenka i obydwoje podążali w naszym kierunku.
-Ludzie, poznajcie... - wskazała na swojego partnera, ale już nie potrafiła wskazać nam jego imienia.
-Harry'ego. Jestem Harry - odparł za nią rozbawiony towarzysz. Widać, że miał hektolitry mniej wypitych drinków niż Al. Co nie oznacza że mógł dziś spokojnie zasiąść za kierownicą, chociaż szczerze powiedziawszy wątpię że miał już odpowiedni wiek. Nie miałam więcej czasu na rozmyślanie o nieznajomym, bo podszedł do nas ktoś niemile widziany.
-Możemy porozmawiać?
-Nie ma o czym - odparłam za moją przyjaciółkę.
-Nie do Ciebie się zwróciłem - dostałam szybką, niezbyt miłą odpowiedź. On tylko powtórzył swoje pytanie w kierunku Alany, natomiast ona go olała i odwróciła się w kierunku barmana zamawiając drinka sobie i Harry'emu. To mu się nie spodobało, zareagował zbyt nachalnie szarpiąc rękę dziewczyny. Max poderwał się ze swojego krzesełka.
-Odsuń się lepiej od niej, hm? - tym razem włączył się w rozmowę Harry.
-Co? Znalazłaś sobie nowych alfonsów? Al tylko energicznie odwróciła się w jego stronę i go spoliczkowała.
-Jeśli myślałeś, że będę płakać nad tobą, to źle myślałeś. Moja mascara, podkład, puder, fluid, eyeliner i kredka do oczu są zbyt drogie.


___________________________________________________________________

OD AUTORKI: Zdaję sobie sprawę, że jest strasznie krótki ale to miał być tylko wstęp, jak wygląda życie z perspektywy Eleanor. Zapewne domyślacie się, z czyjej perspektywy będzie następny rozdział. :)

JEŚLI TO PRZECZYTAŁEŚ TO SKOMENTUJ, POWIEDZ CO CI SIĘ PODOBAŁO, A CO MOGŁABYM POPRAWIĆ W NASTĘPNYM ROZDZIALE.

wtorek, 31 marca 2015

Prolog

ZANIM PRZECZYTASZ - WŁĄCZ

Wystarczył jeden krok, a moje życie stałoby się w jednej sekundzie lepsze.  O niebo lepsze. Ale czy zasługiwałam na niebo? Nie zasługuję nawet na życie na Ziemi... a może nawet na piekło. Pewnie myślicie teraz: "co z nią jest nie tak?" Jednego dnia dostałam wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam. I właśnie wtedy zrozumiałam, że to nie o to mi chodziło. Czy to była jego wina? To od razu skreślam, bo On wcale nie jest taki okropny, on jest po prostu... trudniejszy do kochania. Nauczył mnie jednej ważnej rzeczy (dobra, dwóch bo hardtricka z wywrotką w tył z oddanym celnym strzałem też teraz umiem). I ja złamałam tą zasadę. Zakochałam się. Ale sam był temu winien, bo był jednym z tych niewłaściwych facetów którzy nauczyli się mówić właściwe rzeczy. Powiedział mi też kiedyś: "Nie rób priorytetu z kogoś, kto ma Cię tylko za opcję" Ja zrobiłam. Jestem tylko człowiekiem, mogę popełniać błędy. Tylko, że nie możesz popełnić dwa razy tego samego błędu, ponieważ za drugim razem to nie będzie błąd, a Twój wybór. Moim największym błędem okazało się dokonanie złego wyboru. Ale poczekaj chwilę... ja nie miałam prawa wyboru.

Nie masz wpływu na to, że ktoś cię zrani na tym świecie, ale masz coś do powiedzenia na temat tego, kim ta osoba będzie. Podoba mi się mój wybór, tyle że miłość to uczucie, a nie decyzja.